Większość tekstów lubi się zaczynać od “jak to się zaczęło”, więc ten też się tak zacznie.
BLW to konsekwencja poszukiwań. W zasadzie mogłabym sformułować zdanie “Gdyby Tosia nie miała problemów z ssaniem piersi, nie natrafiłabym na BLW.”
Wszystko zaczęło się właśnie już zaraz po powrocie do domu, gdy zaczęłam szukać pomocy na wspaniałym zresztą forum laktacja.pl, które jest kopalnią wiedzy dla wszystkich matek karmiących piersią. Tam w którymś poście, czytając pewnie o tym czy gluten teraz czy gluten później, natrafiłam na link do innej strony, która promowała i opisywała BLW. I zaczęłam wgłębiać się w temat. Wydaje mi się, że BLW to filozofia życia, podejście do dziecka i samego siebie - bo zapewne wiele matek stosujących BLW nosi także swoje dzieci w chustach, sadza je wcześnie na nocnik i ubiera w pieluszki materiałowe. Ja akurat tego ostatniego nie stosuję, ale powrócę do BLW.
Zanim natknęłam się na BLW, widziałam siebie robiącą papki, czytałam o tym, jak matki robią większą ilość i mrożą w woreczkach na kostki lodu, sprawdzałam ceny słoiczków ekologicznych i porównywałam z tymi z marketu. Natknęłam się nawet na promocyjną cenę słoiczków w Rossmanie, ale za każdym razem tylko badałam teren. W tym samym czasie dostałam nawet od koleżanki miseczkę do karmienia“ bo pewnie już niedługo będzie wam potrzebna”, ale ja czułam, że moja Tosia jeszcze nie patrzy z wielkim zainteresowaniem na to, co ja jem. Jeszcze nawet nie siedziała, tylko od razu opadała na boczek jak próbowałam ją sadzać. Pewnego dnia weszłam ponownie na laktacja.pl, by poczytać jeszcze raz o glutenie - i tam ktoś polecił “Bobas lubi wybór”. Szybko znalazłam tę książkę z recenzją, poczytałam o metodzie i stwierdziłam, że pomysł jest mi bliski - nie ja kontroluję, a moje mądre dziecko wybiera. Przekonywał mnie najbardziej fakt, że dziecko nie zje czegoś, co go może uczulić. Moja siostra podała swej córeczce łyżeczką marchewkę, od której dostała uczulenia. Widziałam filmik rejestrujący tę podniosłą chwilę - niepewność, odwracanie głowy w bok i skrzywienie. Wyglądało to jak nie uszanowanie jej reakcji na tę marchewkową paciaję.
W BLW oprócz tej zalety, że dziecko nie powinno zjeść czegoś, co może mu zaszkodzić, to dziecko je tylko to, co może chwycić na miarę swoich możliwości - koniec z zastanawianiem się czy gotować Tosi ryż czy groszek - no nie gotować, ponieważ nie ma jeszcze chwytu szczypcowego - dopiero około 10-tego miesiąca.
Jak pisałam wcześniej, BLW to kontynuacja moich wyborów- karmię Tosię piersią i zamierzam karmić do momentu, aż nie będzie już potrzebować pokarmów mlecznych. Pytają mnie (siostra, babcia, teściowa) ile zamierzam karmić. Dziwią się, że chcę karmić dłużej niż 6 miesięcy czy dłużej niż rok. A ja się pytam po co mam kupować puszkę za 27 złoty, która starczy na dwa-pięć dni, skoro mam swoje mleko. I z BLW jest podobnie- koniec z myśleniem o słoikach. Jaka to ulga, gdy pomyślę teraz, że mielibyśmy jechać rodzinnie za granicę czy nawet w Polskę, nie muszę kupować zapasu słoiczków, stresować się, że zabraknie i że nie dostanę tych atestowanych przez Instytut Matki i Dziecka, bo tylko takie najbezpieczniej jeść.
Jak tylko postanowiłam że chcę spróbować BLW, kiedy Tosia miała 5 miesięcy, zamówiłam książkę i zaczęłam czytać, żeby sie przygotować. Od razu rysowałam sobie w głowie własny plan postępowania. Zdecydowałam, że na podłodze nic nie będę rozkładać - ani ceraty, ani gazet. I teraz po prostu sprzątam po każdym jedzeniu.
Następna kwestia dotyczyła tego skąd brać warzywa: czy specjalne ekologiczne, czy z bazaru mogą być? Gdy pytałam pediatrę, jak jeszcze miałam robić papki, czy mogę podać marchewkę z bazaru czy taką ze słoiczka, to odpowiedziała, że ze słoiczka z atestem (bazarowe pryskane). Więc rozważałam kupowanie tej ekologicznej. Ale kilogram rok temu kosztował 9 złoty. A zamawiać warzywa ekologiczne przez Internet? No jakoś tego nie widziałam - ani finansowo ani logistycznie. Doszłam do wniosku, że Tosia albo zje marchewkę ze smakiem albo ją odrzuci z jakiegoś powodu. I tak się stało. Marchewkę omija. Czy dlatego że pryskana? A może dlatego, że ja jadłam bardzo dużo marchewki w ciąży i jak już karmiłam (jadłam, ponieważ miałam na nią ochotę). To nie ważne.
Decyzja o podaniu pierwszych pokarmów przyszła jakby z wewnątrz. Poczułam gotowość: “To jest ten dzień. Próbujemy.” Miałam akurat świeże brokuły i marchewkę. Brokuły pocięłam tak, by zostawić trzonek, a marchewkę w słupki. Nie posiadam parowaru ani metalowego koszyczka do gotowania na parze- jak go się dorobię, to będzie na parze. Na razie się bawimy jedzeniem, więc nie świruję, by od samego początku było idealnie, tym bardziej, że podłoga więcej zjada tego jedzenia, niż sama Tosia. Także teraz gotuję w garnuszku- zalewam niedużą ilością wrzątku, dodaję kroplę/ dwie oliwy z oliwek i sprawdzam kiedy zmięknie.
Brokuły, to pewnie wiecie, gotują się szybciej, więc wyciągam je wcześniej na talerzyk. Nie szkodzi, że będą zimne, ponieważ Tosia bawi się jedzeniem z 15 minut, więc wszystko zdąży i tak wystygnąć. Potem idę po Tosię, sadzam ją na swoich kolanach (na początku kładłam płaską poduszkę dodatkowo na kolana), przykrywam pieluszką całe nogi i trochę siebie, zakładam Tosi śliniak na rzep, przystawiam jej talerzyk (stół mamy trochę za wysoki dla niej) i ona rzuca się z rączkami na jedzenie. Próbuje chwytać. Jak chwyci, to tą stroną co niewygodnie jeść, potem chwyci ponownie i celuje do buzi. Possie, pociamka, odłoży, rozłoży ręce, zobaczy coś nowego na talerzu, tamto poprzednie wypadnie na ziemię, inne zmiecie całą dłonią na podłogę, że zastanawiam się czy to koniec jedzenia, czy przypadek - fakt faktem spadło i tyle. Jedzenie z ziemi, jeśli podnoszę, to odkładam trochę dalej na stole. Oduczam się wkładać jej na talerz to, co nawet jej tylko jakby spadło niechcący na pieluszkę. Myślę, że sytuacja inaczej będzie wyglądać jak w końcu zakupimy Tosi fotelik. Wówczas będzie miała swoją szeroką tackę, a nie mały talerzyk, z którego nie dziwne, że cały czas coś spada. Ja będę mogła jeść równocześnie z nią (teraz muszę ją asekurować, by mi z kolan nie spadła) i będziemy mogły na siebie patrzeć. Na kolanach nawet nie widzę za bardzo jaką ma minę. A przecież nie będę się na nią patrzeć tuż z za pleców. Myślę, że to by ją krępowało. Tak samo jak odczuwa obecność kamery. Ale co tam. Filmuję od czasu do czasu ... codziennie. Ale dopiero trochę ponad tydzień jemy stałe pokarmy.
Stosując BLW nie skończyłam jeszcze czytania książki. Nadal ją czytam. W trakcie karmienia Tosi pojawiły się w mojej głowie pytania. Czy tę kaszkę jaglaną super ekologiczną niemiecką, co kupiłam za 17 zł, mam zjeść sama? Łyżeczką przecież mam nie karmić. To dopiero w 10 miesiącu będzie mogła spróbować te kaszkę jak będzie w stanie utrzymać to narzędzie? I z tym pytaniem kontynuowałam czytanie i znalazłam odpowiedź na następnych kartkach: rękami. Kaszkę rękami? To będzie syf... W książce i na stronach internetowych używają słowa “bałagan”, ale bałagan to jest, jak ubrania leżą na podłodze. Tutaj mamy do czynienia z syfem - maziowate konsystencje na podłodze, na ubraniu, na twarzy Tosi łącznie z powiekami, ponieważ zapragnęła je przetrzeć. I nie uchronisz. Możesz tylko patrzeć, śmiać się i przypominać sobie, że w łazience jest mydło, ubranka się pierze, a najważniejsze teraz jest twoje dziecko i wyrobienie w nim pozytywnego nastawienia do jedzenia. Do kaszki nadal się przymierzam, ale także z dlatego, że Tosi rano nie serwuję niczego prócz mleka. Na razie podaję jej np. jabłuszko ok. 12, około 14 pseudo obiad ale i zdarza się o 17-18 jak wraca mąż z pracy. Nie napinam się na trzymanie jednej godziny obiadowej, ponieważ i Tosia różnie drzemie w ciągu dnia i ja też nie zawsze się ogarnę, by przygotować jedzenie między karmieniem mlekiem a kolejną drzemką.

Coraz bardziej oswajam sie z BLW. Małymi kroczkami. Na tyle, na ile ja też jestem na nie gotowa. Na początku, gdy zaczęłam myśleć, że już czas na pokarmy (Tosia już troszkę siedzi, mlaszcze, wyciąga rączki po moją kanapkę z szynką i wsadza ją sobie do buzi), to zaczęłam czuć własną presję i podenerwowanie, że już skończy się lekki okres, kiedy jedzenie jest zawsze z nami w postaci mojego mleka. Teraz już trzeba będzie myśleć co podać, kiedy, i że w ogóle trzeba podać. Ale zauważam, że przygotowanie pokarmów staje się oczywiste i przyjemne: “No to co dziś zjemy? Może buraczki?” I poszłam dziś na bazarek kupić dwa małe podłużne buraki, ponieważ podobno są słodsze od tych okrągłych. Ale gdy wróciłam do domu i wyobraziłam sobie ten różowy ociekający sokiem kawałek w rączce Tosi, to poczułam, że nie jestem tego dnia gotowa na buraczka, mając na myśli te czerwone łapki odciśnięte na bluzeczce i moich ubraniach. I powiedziałam do siebie, że może Tosia też nie jest gotowa na buraczka i nic nie tracimy na tym. BLW jest bardzo ludzkie i w jego zamierzeniu jest spokój.
A co powiem jak mnie pediatra spyta? (Ja akurat mam raczej mądrą pediatrę, chociaż o BLW raczej nie słyszała, bądź nie chwali się BLW rodzicom.) Powiem jej, że wprowadzam “stałe pokarmy”, że Tosia je i jest szczęśliwa. A jak zada pytania wymagające podania większych szczegółów, to powiem jej o BLW. Mam prawo karmić moje dziecko jak chcę, zwłaszcza jeśli jest to słuszne i dobre. A mówieniem prawdy mogę jedynie wnieść coś dobrego.
Jeśli ci, co są przed wdrożeniem BLW i boją się “jak ono pogryzie taką marchewkę/ fasolkę/ brokuła/..., to podpowiem, że “ono” nie gryzie i nie próbuje łykać - wkłada do buzi, po czym zaraz wyjmuje, liże, obraca w rączkach i świetnie się przy tym bawi. A co więcej, Tosia akurat po kilku dniach BLW zaczęła mówić sylaby “da-da”, “dzia-dzia”, “bu-źliu”. Jak tylko dorwie się do kubeczka (Doidy Cup), to gada do jego wnętrza potęgując tylko głośność, ponieważ to musi być frajda mówić z takim pogłosem. No ja polecam. I naprawdę od dwóch dni jemy w trójkę to samo: za pierwszym razem była fasolka szparagowa, omlet i chlebek żytni, a za drugim pierogi ruskie mojej teściowej (ale to była paciaja). Mogę zakrzyknąć jak w zakupach Mango “To naprawdę działa!”.

Zuzanna, mama Tosi, autorka 'mamowego' blogu http://sue.com.pl/